piątek, 31 sierpnia 2012

Bubusiowe postępy.

    Czwarty miesiąc życia naszego dziecięcia był niesamowity, tyle rzeczy się nauczył:
- Obraca się we wszystkie wybrane strony. Z pleców na boki, na brzuch. Z brzuszka na plecy. Kula się tak po całym łóżku i po podłodze. A leżąc na brzuszku i na bokach wygina się robiąc łódkę.
- Łapie wszystko co ma w zasięgu rączek i kieruje do buzi. Łapie zazwyczaj obiema rączkami. A jak nie umie dosięgnąć, robi wszystko, żeby mu się to udało, jak i to nie skutkuje, złości się niesamowicie dopóki tego nie dostanie, albo czegoś w zamian.
- Śmieje się na głos, zwłaszcza do mamy jak się schyla, albo do taty jak się obraca plecami do Bubusia i przodem.
- Wkłada paluszki do buzi i ssie je. Wkłada też palce do buzi mamy, taty, albo babci, w zależności kto akurat się z nim bawi :D
- Leżąc na plecach łapie się za stópki i bawi się nimi.
- Skrzeczy jak zapita papuga starego bosmana, czasem jak jest podekscytowany, czasem jak się złości.
- Zaczepia wołając na swój sposób, albo jak mu się uda to poszarpie za ubranie, albo kopnie jak mu wygodniej. W ostateczności łka żałośnie domagając się uwagi, zabawy bądź jedzenia.
- Bawi się sam zabawką dłużej niż dwie sekundy ;)
- Chciałby siedzieć. Jeszcze nie potrafi, ale bardzo by chciał i próbuje, próbuje, aż w końcu mu się uda :)
- Wczoraj po raz pierwszy spróbował marchewki :)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Ach śpij kochanie.

    Często słyszę/czytam o dzidziusiach, których rodzice nauczyli zasypiać na rękach, kołysać, spać w aucie tudzież w wózku. Inaczej było marudzenie, płacz i krzyki. U nas wygląda to nieco inaczej. Nie patrzę na zegarek i nie zwracam uwagi na to czy Bubuś powinien się już położyć spać, czy nie. Zdaję się w tej sprawie na niego i obserwuję. Jak widzę, że zaczyna pomału marudzić. Trze oczka i ziewa, to kładę go do łóżeczka, włączam jego karuzelę, daję smoka i słonia przytulańskiego, okrywam kocykiem i odchodzę dając mu w spokoju zasnąć. I mały zasypia po swojemu w przekomiczny sposób, ale bez żadnego kołysania, lulania i innych czasochłonnych rytuałów. Powiem więcej, wieczorem nawet domaga się leżenia na płasko do cycusia, przy którym zasypia. Nigdy nie uczyliśmy go zasypiać na rękach (no może poza paroma epizodami tuż po porodzie, kiedy to ja chciałam go po prostu poprzytulać). Przez jakiś czas padał na bujaku i tam spał. Ale odkąd potrafię odczytać z jego zachowania ten moment, kiedy to już dziadek piasek bierze go pod rękę, zasypia pięknie w swoim łóżeczku.
Wiem, wiem już słyszałam nie raz i nie dwa, że mam niesamowicie spokojne i grzeczne dziecko, że tak ładnie  potrafi spać. Może i jest spokojny i grzeczny, ale to nie tylko od dziecka zależy, jak będzie zasypiało. Gwoli przykładu postawię sprawę zasypiania naszego malucha u mojej mamy. Otóż babcia, jak to babcia, na hasło "on już jest śpiący", chyc małego z wózka na ręce i cisza jak makiem zasiał być musiała, bo babcia dziecko bawi. Martwiłam się, że Kubuś nie będzie chciał zasypiać w inny sposób. Niedługo musiałam czekać na efekty takiego zachowania. Kilka razy bąbel sprawdzał, czy mama, albo tata też wezmą na ręce, ale jak kolejny raz wylądował w łóżeczku, a mama stała obok głaszcząc po pleckach, zrozumiał, że w domu ten numer nie przejdzie. Za to jak zobaczy babcię domaga się, żeby go wzięła na ręce i nie ma przebacz.
Przykład numer dwa i historia usypiania Bubusia przez prababcię (moją babcie). Spędziliśmy u mamy kilka dni, gdzie też była babcia. A moja babcia uważa, że jak dziecko jest małe to powinno spać. I chyba tylko spać. Tak więc, gdy tylko mały ziewnął to od razu zaczęło się usypianie. Jeżdżenie z wózkiem tam i z powrotem, podskakiwanie, cudowanie. Dziecko w końcu usnęło, pospało piętnaście minut i wstało, poziewało po przebudzeniu i znowu zaczęło się usypianie, bo "dziecko ziewa, bo nie dospało"... Efekt? Dwa dni marudzenia. Bo jak tu nie marudzić, jak ktoś cię wiecznie usypia, a ty chciałbyś się pobawić. Ale to jeszcze nie wszystko. Nagle Kuba nie chciał zasypiać w łóżeczku, chciał się bawić wbrew temu, że mu się oczka same zamykały. A każda próba położenia go na plecach kończyła się płaczem.  Nie było rady. Wizyty u mamy podczas gdy jest tam babcia, ograniczone zostały do minimum. I zasypianie wróciło do normy.
Wniosek? Ja wyrobiłam sobie zdanie takie: dziecko
trzeba obserwować i pokazać mu jak należy zasypiać, dążyć konsekwentnie do celu i przede wszystkim nie usypiać na siłę, jak dziecko nie chce.

                                                A tak komicznie zasypia nasz synuś :D
video

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Smoczek - nie taki straszny, za jakiego go miałam.

    Będąc jeszcze w ciąży byłam zaciekłym wrogiem smoczka. Dlaczego? Bo smoczek uspokajacz, kojarzył mi się z zatykaniem dziecka, ignorowaniem jego potrzeb i wielkim problemem z odstawieniem go w odpowiednim czasie. Zdanie mojego męża było całkiem inne. Sądził, że smoczek to uroczy dodatek do każdego malucha. Odbyliśmy kilka dyskusji i doszliśmy do wniosku, że spróbujemy znaleźć złoty środek. Postanowiliśmy, że smoczek podawać będziemy, ale nie często. I tak, jak mały się urodził poznawaliśmy się ze sobą, uczyliśmy się odczytywać i zaspokajać potrzeby małego człowieczka. Okazało się, że nasz maluch miał bardzo silną potrzebę ssania. Przy piersi był krótko, bo ssał intensywnie i szybko się najadał. Zwłaszcza podczas zasypiania potrzebował coś pomamlać. I wtedy smoczek okazał się nieocenionym przyjacielem. W nocy zasypia przy piersi, ale podczas dnia, czy na spacerze kiedy sen już morzy małe zmęczone oczęta usteczka domagają się czegoś do ssania. Uśliniony był kocyk i rękawki i wszystko co było pod ręką. Ugięłam się i podałam małemu smoczek, z którym zasnął od razu spokojnym, długim snem. Teraz dyduś jest z nami obecny przy zasypianiu i tylko przy zasypianiu. Ale już nie długo. Zdaje się, że potrzeba ssania Bubusia już go pomału opuszcza. 

Ciekawostka: Amerykańska Akademia Pediatrii stoi na stanowisku, że zasypianie ze smoczkiem zmniejsza ryzyko występowania zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej.


wtorek, 21 sierpnia 2012

Spacerówka.

    Ze względu na sprzyjające warunki atmosferyczne myślałam, że zdążę wyprać i wysuszyć materacyk i ochraniacz z gondolki wózka. Jakież było moje rozczarowanie, gdy zorientowałam się, że niebawem już czas  wyruszyć na zakupu, a pranie nadal mokre. Wpięłam więc do wózka spacerówkę, ustawiłam oparcie na płasko, wsadziłam malca, pozapinałam i ruszyliśmy. Muszę przyznać, że spacerówka sprawdziła się rewelacyjnie. Bąbel miał szerszy widok, co bardzo mu się spodobało. W prowadzeniu samego wózka nie zauważyłam większych zmian.Pomyślałam, że może zostawię już spacerówkę na stałe, ale czy to nie za wcześnie dla czteromiesięcznego bąbla? Z drugiej strony przecież Bubuś, mimo, że w spacerówce mimo wszystko leży. A wy kiedy przełożyłyście swoje pociechy do spacerówek?

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

A myślałam, że lato odeszło.

    Aż się wierzyć nie chce, że termometr wskazuje  ponad trzydzieści stopni Celsjusza! Niebo bezchmurne, a żar leje się z nieba. I kto by pomyślał, że jeszcze zaledwie kilka dni temu przywitałam się z kurtką jesienną, a Bubuś miał okazję założyć cieplejszy sweterek. Mimo że niebo było piękne, dzień wtedy był wietrzny i chłodny. Nie przeszkodziło nam to w wypoczynku na działce mojej mamy.



Na kocyku pod chmurkami mały szkrabek  lata na mamusi rękach a tatuś cyka foty, by uwiecznić i wracać do tych szczęśliwych chwil. Jak dobrze, że żyjemy w czasach, w których aparat fotograficzny istnieje i jest powszechnie dostępny.

A zbaczając z tematu. Wczoraj wieczorem zawitał na naszym balkonie gość. Poznajcie zmęczonego konika polnego ;) Miłego dnia :)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Versatile blogger.

    W ramach zabawy, do której zaprosiła mnie  moja pierwsza ciąża, napiszę o sobie siedem rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie.

1. Był czas, kiedy fascynowały mnie runy, czakry i medycyna niekonwencjonalna. Miałam jakieś czternaście lat.

2. Jeszcze przed ciążą potrafiłam dotknąć czołem swoich kolan i zrobić mostek z pozycji stojącej.

3. Nigdy w życiu nie miałam złamanej żadnej kości.

4. Mam trzech braci i marzyłam o siostrze dopóki nie poznałam Misiaka :D Żartuję, po prostu pewnego dnia pogodziłam się z tym że nigdy nie będę jej mieć.

5. Ukończyłam technikum budowlane i nadal lubię oglądać programy o tej tematyce.

6. Jak poznałam Misiaka, ubierałam się w stare koszulki, spodnie w kratę i glany. A zamiast plecaka, posiadałam kostkę.

7. I wreszcie, to Misiak był moim pierwszym i jedynym mężczyzną :)

I to na tyle, zdziwione?

Aha i zapraszam dalej do zabawy:
nikki
kararelka
szpilka
dziewczynaM
chyba wy się jeszcze nie bawiłyście, bo reszta już ujawniła swoje siedem zdań.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Kiedy myśli się zmieniają.

    Będąc jeszcze w ciąży, próbowałam oswoić się z myślą, że w momencie pojawienia się w naszym życiu maleńkiego człowieczka, życie przewróci się o sto osiemdziesiąt stopni nie tylko moje i Misiaka, ale całej naszej rodziny. Pierwsze tygodnie po urodzeniu - ku mojemu zdziwieniu, nie przyniosły jakichś strasznie ogromnych zmian. Bubuś będąc spokojnym i mało wymagającym noworodkiem nawet dawał się nam wysypiać. A nawet jak już udało mu się popsuć nam trochę nerwów, to i tak wszystko wynagradza nam uśmiechem. Pomyślałam więc, że wcale tak strasznie życie mi się nie przewróciło jak myślałam i jak mi wszyscy to mówili. Ale jednak jakieś zmiany zaszły i to nawet spore, w moim sposobie myślenia. Przyłapałam się ostatnio na myśli, która nie była do mnie podobna i sama się zdziwiłam jak uzmysłowiłam sobie to o czym pomyślałam. Mianowicie, siedząc na tylnym siedzeniu samochodu pomyślałam, że skoro Bubuś jest zapięty bezpiecznie w swoim foteliku, to dlaczego mamusia z tatusiem nie są? Robimy przecież wszystko by nasze dziecko było bezpieczne. A my? Gdyby nie daj Boże, trafił nam się nawet mały wypadek, Bubusiowi nic by się stało, a mamusia, albo tatuś przypłaciliby niezapięte pasy choćby złamaną ręką. Kto zająłby się naszym synkiem? Takie samo pytanie zadaję sobie, gdy narażam się za przeziębienie. Nie martwię się tym, jak się będę źle czuła, ale nad tym, jak zajmę się synkiem.
Tak więc podsumowując stwierdzę tylko, że nie tylko życie zmienia się świeżo upieczonej mamy, ale też umysł. A o tym już nie każdy powie. Nie każdy się przyzna.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Radości.

    Wczoraj. Ósmy sierpnia. Trzecia rocznica ślubu. Jak to zleciało. Od męża dostałam piękny bukiet kwiatów.  W takie dni nachodzi mnie na refleksję i  rozmyślenia. Wiecie co wywołuje u mnie najszczerszy, najszczęśliwszy uśmiech radości? Oczy mojego męża, jak patrzą na mnie ukradkiem, obserwując mnie z naszym synem na rękach. Malutka dłoń Bubusia, która mizia mnie delikatnie po ramieniu, gdy trzymam go na rękach. I ten uśmiech. Nie ma nic bardziej szczerego, pierwotnego i anielskiego od uśmiechu dziecka. Każdy, nawet najmniejszy postęp synka, na który dany mi jest patrzeć u boku ukochanego mężczyzny. Mogłabym tak wymieniać do nocy. Tyle jest takich małych, wielkich radości.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Chrzciny.

    Obchodziliśmy chrzciny w niedzielę. Były wielkie przygotowania, ksiądz, restauracja, goście. Kupa śmiechu i zabawy oraz jedno wielkie rozczarowanie. Rodzina zjechała się już w sobotę. Wszyscy uśmiechnięci, radośni. Bubuś miał radochę wielką, że tyle twarzy wokół niego robi głupie miny. Nosił się też na rękach, a to u babci jednej, drugiej, a to u cioci tej i tamtej i nawet u wujka jednego, drugiego, trzeciego i jeszcze tu i tam na rączkach wylądował. Impreza  z restauracji przeniosła się do mieszkania moich rodziców (bo większe) i tam się działo. Polała się promilowa woda i zaczęły się wygłupy i śmiechy i dyskusje. Mój brat wpisał się małemu do książeczki swoim kaligraficznym pismem: "myśl samodzielnie twój wujek". Kubuś miał towarzysza zabaw starszego o kilka miesięcy kuzyna, oboje byli grzeczni i roześmiani. Ogólnie mówiąc impreza się udała. Było tylko jedno rozczarowanie, ale za to jakie wielkie. Na chrzciny byli również zaproszeni znajomi, konkretnie trzy osoby Pani A, jej córka B i chłopak córki, nazwijmy go C. I.... nie przyszli, nie racząc nas o tym zawiadomić. A szkoda, bo mieli zapłacone miejsca w restauracji. Gdyby dali znać choćby godzinę wcześniej, to moglibyśmy poprosić kogoś innego, a tak... szkoda gadać. Byliśmy ciekawi dlaczego nas nie zaszczycili swoją obecnością, martwiliśmy się, może się coś stało, bo przecież od tak ludzie nie robią takich rzeczy, zwłaszcza, że żadne z nich nie odbierało telefonów. Co się okazało dnia następnego?... Pani A skwitowała jedynie, że przecież na zaproszeniu nie było napisane, że trzeba potwierdzić przybycie. Jej córka nie odbiera telefonu w ogóle, nie odpisała również na smsa. A z kolei chłopak córki uczciwie przyznał, że przypomniało mu się o chrzcinach dopiero jak o osiemnastej zobaczył nieodebrane od nas połączenia...